Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rohusaya. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rohusaya. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 września 2018

Od Rohusayego CD Enrique de Rascon y Cornejo ,,Przybycie na wyspę"

-Świetnie.- miałem ochotę zatrzeć łapy z radości, ale się powstrzymałem.- Jeszcze tylko jedno pytanie: czy zna się ktoś na elektronice, komputerach, kamerach itd. i mógłby to wszystko wyłączyć na czas waszego pobytu w budynku?- przez chwilę panowała cisza, lecz zaraz Alharis przekrzywił głowę i rzucił:
-Myślę, że poradziłbym sobie z tym.- wszyscy spojrzeli na niego ze zdziwieniem.- Przez cały czas, odkąd tu jestem, starałem się możliwie jak najwięcej dowiedzieć się o tych maszynach i całym sposobie prowadzenia tej wyspy przez naukowców. Z darem niewidzialności nie było to takie trudne. Oczywiście nie wiem wszystkiego, ale i tak najwięcej z nas wszystkich.- odparł widząc nasze spojrzenia.
-Teraz ci ludzie przekonają się z kim naprawdę zadarli.- Coela z błyskiem w oku uśmiechnęła się przebiegle, zakładając ręce na piersi. Obok, jej brat bawił się pasmem trawy przekładając ją przez palce. W jego postawie widać było podekscytowanie i pewność. Shavi uniósł pysk ku niebu i wpatrywał się w nie zmrużonymi oczami.
-Proponuję takie składy: Shavi i ty, Enrique- tu zwróciłem się do elfa i małego smoka- poszlibyście przodem razem z Alharisem i wyrzucilibyście wszyscy trzej z gry strażników i tych naukowców, co staną wam na drodze. Starajcie robić się to po cichu, najlepiej nie zabijać, lecz szybko znokautować, byle na dłużej. Jeśli nie uda się uniknąć powiadomienia innych wiecie co macie robić. Potem razem z Coelą i Alvheid, które wejdą po oczyszczeniu terenu, udacie się do sali z informacjami o nas i zarodkami. Shavi poprowadzi jako, że zna drogę. Alharisie, ty, jeszcze zanim wejdą panie, udasz się do centrali i jak najszybciej spróbujesz powyłączać wszystko, zwłaszcza kamery i alarmy. Ja z zewnątrz będę otwierać wam wszelkie drzwi i przejścia.
-Jak to zrobisz nie wiedząc kiedy ma się to stać?- zapytał Alharis, którego długie wąsy uniosły się pod wpływem powiewu wiatru. Wyprostowałem się i machnąłem skrzydłem, lecz zanim zdążyłem odpowiedzieć Shavi wtrącił:
-Jak już mówiłem, postaram się sprawić nam jakieś urządzenia, dzięki którym będziemy mogli się komunikować.
-A jeśli nie, to i tak wyczuje to, kiedy będziecie potrzebować mojej interwencji.- dodałem.- Dobrze. Teraz wystarczy jeszcze ustalić dzień i godzinę. Ale zanim, czy wszyscy zgadzają się z ich rolami?

<Coela, Erique, Alvheid, Shavi?>

wtorek, 10 lipca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"

POPRZEDNIE OPOWIADANIE

-Kim jest ta dama, którą przyprowadziłaś?- spytał z ciekawością przyglądając się stojącej za nią heroinie przyglądającej się każdemu uważnie przez parę sekund.
-Bracie, przedstawiam ci Alvheid, heroinę oraz córkę bogini Tefnut i egipskiego urzędnika. Niestety jest niemową.- Enrique skłonił się lekko, po czym błysnął zębami w uśmiechu.
-Moje imię brzmi Enrique de Rascon y Cornejo.- rzucił obracając się w stronę dziewczyny.- po tych słowach zapadło milczenie i każdy zajął się sobą, ponieważ nie było sensu opowiadać o znalezionych informacjach bez jednego z członków naszego tajnego ruchu oporu. Ja oddaliłem się o parę kroków aby mieć więcej miejsca i opadłem na piasek czując słabnące ciepło promieni słonecznych na grzbiecie. Skierowałem głowę w stronę zachodzącego słońca wystawiając zmęczoną twarz na światło, zmrużyłem powieki i rozluźniłem mięśnie szczęki. Dopiero w tym momencie zorientowałem się, że miałem je przez cały czas zaciśnięte. Przyglądałem się spokojnemu morzu, wyrzucającemu na brzeg niewielkie fale, które z rzadka pokrywały się pianą i pierzastym obłokom przetaczającym się leniwie po niebie. Byłem już tym wszystkim wyczerpany. Jedyne czego w tej chwili pragnąłem to położyć się w cieniu Teskariotolisu i usnąć abym następnego dnia mógł wstać gotowy do warty. Niestety nie wiedziałem czy kiedykolwiek jeszcze ziści się to moje marzenie. Mogłoby wydawać się to śmieszne. Przez prawie całe moje życie robiłem to, o czym teraz marzę. Jednak wtedy tak aż tego nie doceniałem. Tak to już jest. Pewne rzeczy stają się ważniejsze i milsze, gdy się je straci.
Wbiłem pazury w ziemię i patrzyłem jak piasek wpada w pozostawione przez nie luki. Był przyjemnie wilgotny pod spodem, więc kiedy wydobyłem go na wierzch dość widocznie oddzielał się od tego suchego. Niby takie proste i nieskomplikowane, niby wiedzą o tym wszyscy, a jednak w pewien sposób ciekawe. Westchnąłem i przesunąłem ogonem po ziemi, po czym uniosłem go w górę i potrząsnąłem aby wyrzucić z sierści ziarenka piasku. Nagle usłyszałem cichy szelest ciała przesuwającego się w moją stronę i po paru sekundach w polu mojego widzenia pojawił się Alharis.
-Przybył Shavi.- mruknął cicho i zawrócił, a ja podniosłem się, otrzepałem i podążyłem za nim, ku stojących w luźnym kole mieszkańcom wyspy.

<Coela/Enrique/Alvheid/Shavi?>

środa, 27 czerwca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Do umówionego spotkania pozostało jeszcze półtorej godziny, więc postanowiłem udać się do Alharisa aby zaprowadzić go na nie i przedstawić innym członkom naszego tajnego ugrupowania. Zastanawiałem się czy i ja poznam na nim kolejną istotę skorą do przeciwstawienia się ludziom, którzy bez zgody wtargnęli siłą w jej życie i wyrzucili ją z bliskich stron, a także czy zaakceptują smoka i przyjmą jego pomoc. Dzięki spędzonemu z nimi czasowi mogłem być tego prawie pewny, ale wątpliwości czaiły się głęboko pochowane na dnie umysłu. Postanowiłem jednak nie roztrząsać tej sprawy tylko zająć się rzeczami ważniejszymi.
Rozpostarłem skrzydła, a na mojej twarzy pojawił się cień uśmiechu spowodowany przyjemnym uczuciem zagarnięcia nimi dużej ilości powietrza i poczucia miotającego piórami ciepłego wiatru. Stałem tak ze cztery sekundy, po czym skoczyłem rozpoczynając krótki bieg poprzedzający wzniesienie się w powietrze. Odbiłem się mocno od ziemi, machnąłem skrzydłami nie czując ziemi pod łapami i zwiększałem powoli wysokość aż w końcu spojrzałem w dół widząc drzewa w postaci małych zielonych punktów. Skierowałem się nad Krainę Wiecznego Rozkwitu mając w pamięci przebytą parę dni wcześniej drogę. Po parudziesięciu minutach daleko pode mną zaczęła królować ciemna zieleń nie opuszczająca ziemi aż po horyzont. W oddali wodospad rzucał spienioną wodę pod swoje stopy przy wtórze ogromnego huku, który z łatwością mogłem sobie wyobrazić, ponieważ z tak dużej odległości nie było szans na usłyszenie prawdziwego dźwięku. W miarę przybliżania się do niego zaczął on do mnie dochodzić coraz głośniej, a kiedy znalazłem się nad wodospadem trudno było usłyszeć własne myśli. Skręciłem w lewo stopniowo oddalając się i obniżając wysokość. Po chwili prawie dotykałem łapami rozłożystych koron prastarych drzew. Wypatrywałem jaskini będącej tymczasowym schronieniem smoka tak mocno, że oczy delikatnie zaczęły dawać znać o swoim zmęczeniu, lecz widziałem, że jeśli chce się znaleźć tę doskonale ukrytą wśród roślin kryjówkę trzeba dokładnie wypatrywać. Opłaciło mi się to, bo po zaledwie paru minutach dostrzegłem wejście i wleciałem przez nie odrobinę zwalniając i lądując bez najmniejszego dźwięku. Alharis z gracją podpełzną ku mnie niczym duży wąż i cofnął szyję przekrzywiając głowę. Zmniejszył się do najmniejszej możliwej postaci, ale i w niej wyglądał na całkiem sporego.
-Witaj, Rohusayo.- skinąłem na powitanie i machnąłem ogonem.
-Nadchodzi czas spotkania, Alharisie. Przyszedłem aby cię na nie zaprowadzić.
-Więc prowadź.- odwróciłem się i dzięki skrzydłom i długim susom wydostałem się na zewnątrz. Smok sunął po kamieniach, bez najmniejszego problemu nadążając za mną. Wzniosłem się w powietrze i skierowałem w stronę miejsca, w którym za parędziesiąt minut wszyscy się spotkamy. Nie oglądałem się na Alharisa, czułem za sobą jego obecność i orzeźwiający zapach jakichś nieznanych mi kwiatów, który zawsze go otaczał. Czasem doleciał mnie jakiś delikatny szept, taki jak przy naszym pierwszym spotkaniu, jednak nie miałem pojęcia czy to Alharis przemawia w tym nieznanym mi języku, czy też może sam wiatr? A może i on i smok prowadzili ze sobą rozmowę mając pewność, że nikt oprócz nich nie zrozumie sensu wymawianych słów? Po za tym na plecach wyczuwałem to dziwne połączenie gorącego wiatru z zimnym, raz po raz ustępującym sobie wzajemnie miejsca, które poznałem przy pierwszym spotkaniu z towarzyszącym mi smokiem. Teraz byłem niemal pewien, że moje wcześniejsze pytania miały w sobie jakiś sens.
Na tych myślach zeszła mi droga. Kiedy nagle opuściły moją głowę zostawiając jedynie rzeczywistość ujrzałem pod sobą ciemno żółty piasek Dzikiej Plaży i falujące przede mną granatowe morze. Dopiero teraz obejrzałem się za siebie. Smok jakby płynął w powietrzu tworząc swoim ciałem ruchy przypominające jakiś posuwiasty taniec. Wpatrywał się w coś pod nami przewiercając obiekt obserwacji uważnym, poważnym spojrzeniem. A raczej obiekty, które okazały się Coelą i jakąś nieznajomą dziewczyną, któej nigdy wcześniej nie spotkałem, lecz miałem wrażenie jakbym już ją widział. Zapewne w przeczytanych przeze mnie aktach w ukrytym pomieszczeniu. Po za nimi nie było jeszcze nikogo.
Obniżyłem lot i po chwili wylądowałem unosząc w górę piasek. Parę sekund po mnie na ziemi osiadł smok, niezwykle delikatnie jak na jego ciało. Podszedłem do Coeli, która chwilę wpatrywała się w wyprostowanego Alharisa, po czym przeniosła spojrzenie na mnie i uśmiechnęła się lekko.
-Witaj.- powiedziałem i przez parę sekund obserwowałem jej towarzyszkę stojącą parę kroków za nią.- Myślę, że nadszedł czas na zawarcie nowych znajomości.

<Coela/ Alvheid/ Shavi/ Enrique?>

sobota, 26 maja 2018

Od Rohusayego CD Enrique de Rascon Y Cornejo ,,Przybycie na wyspę"


Po parudziesięciu minutach drogi wylądowałem w zacienionym wnętrzu obszernej jaskini, z której widać było wodospad, przy którym spotkałem Alharisa. Chociaż go nie wiedziałem, byłem pewny, że to był on. Nawet nie wziąłem pod uwagę możliwości zasadzki, co zazwyczaj zawsze przed podążeniem za czymś lub kimś robię. Przy spotkaniu z niewidzialnym smokiem czułem wokół siebie podmuchy niosące delikatne zapachy kwiatów, które zachwycały oko mieszkańców tylko jednej planety- Darmy. Po za tym, czułem w sercu dziwną radość, tak jakbym po wielu latach rozłąki spotkał mojego najlepszego przyjaciela albo członka rodziny.
Złożyłem skrzydła, które dotąd miałem szeroko rozpostarte i rozejrzałem się po wnętrzu jaskini. Sklepienie wisiało wysoko, a całe miejsce było wielkości jednej z większych komnat w Teskariotolisie. Wnętrze znajdowało się niżej niż poziom gruntu, dlatego panował przyjemny półmrok zapewniany także przez rosnące przy wyjściu pnącza. Spojrzałem za siebie, rzucając okiem na szeroki otwór, przez który wleciałem. Aby wyjść trzeba było po prostu wylecieć lub wspiąć się po paru głazach bujnie pokrytych bluszczem. Istoty nieposiadające skrzydeł miałyby zapewne pewne problemy, lecz dla smoka wylecieć na powietrzny ocean nie byłoby najmniejszym problemem. W całym pomieszczeniu czuć było ten piękny, lecz delikatny, towarzyszący smokowi zapach kwiatów Deletrius, najpiękniejszych z roślin, które widziały moje oczy, a ze wszystkich stron dobiegało ciche śpiewanie leśnych ptaków.
Po bardziej dokładnych oględzinach stanąłem przy wejściu czując przyjemne powiewy wiatru zapuszczające się do środka owej spokojnej, ukrytej jaskini i spojrzałem w jej głąb czując, że zaraz Alharis ujawni w pełni swoją obecność. I nie myliłem się. Parę sekund później do wnętrza wtargnął mocny podmuch i przysiągłbym, że towarzyszył mu cichy szept w języku, którego nie zrozumiałbym, nawet gdybym usłyszał wszystkie słowa. Wiatr ten niósł w sobie jednocześnie przyjemnie ciepły i orzeźwiająco chłodny oddech, a gdy uderzył w moją skórę, poczułem jakąś błogość i poczucie, że znalazłem się w miejscu, w którym powinienem. Trwało to zaledwie chwilę, ale wydawało mi się jakby czas zwolnił, a wszystko działo się o wiele wolniej. Nie zauważyłem nawet, że tajemnicze szepty umilkły, zahipnotyzowany tym co działo się przed moimi oczami. Widziałem ten podmuch, ale sam nie wiem czy dzięki wzrokowi czy w swojej wyobraźni. Widziałem jak leciał w stronę środka jaskini i krążył wokół początkowo niewidzialnego stworzenia. Nagle przede mną stał dostojny smok, którego ciało przez chwilę wydawało się być tylko śnieżno-granatowym dymem, a zaraz potem przybrało formę żyjącej istoty. Całe to zjawisko naprawdę trwało niewiele ponad siedem sekund, lecz mnie wydawało się, że trwało co najmniej dziesięć minut. Alharis spojrzał na mnie swoimi łagodnymi, lśniąco białymi oczami, lekko uderzył ogonem w ziemię i skłonił głowę.
-Witaj Rohusayo.- nie zdziwiłem się wcale, że znał moje imię. Każdy smok żyjący w Wietrznym Królestwie wiedział o wszystkich strażnikach pilnujących dzień i noc Teskariotolisu. Nawet o tym, który złożył przysięgę wierności minutę wcześniej. W czasie, gdy to się działo, smoki już wiedziały, nie wiadomo jakim sposobem, ale tak. Docierało do nich wszystko, co działo się na Darmie.
Głos Alharisa był cichy, a jednak słyszałem go doskonale. Przywoływał mi na myśl płynące po niebie pierzaste chmury, które cieszyły oczy przybierając kształty odpowiadające wyobraźni oglądającego. Smok wyglądał niezwykle dostojnie, stojąc z wysoko podniesioną, zakończoną smukłymi rogami głową i spoglądając na mnie przyjaznym, spokojnym spojrzeniem. Trafiłem na pierwszą odsłonę jego osobowości, co szczerze mi odpowiadało. Ukłoniłem się, rozkładając skrzydła w pozdrowieniu, po czym wyprostowałem się i odrzekłem.
-Alharisie, musimy porozmawiać.

<Shavi, Coela, Enrique?>

czwartek, 24 maja 2018

Od Rohusayego CD Shavi' ego ,,Przybycie na wyspę"

POPRZEDNIE OPOWIADANIE

Spoglądałem w dół, na ziemię oddaloną o kilkaset metrów, miarowo uderzając skrzydłami powietrze. Dotarłem już nad Krainę Wiecznego Rozkwitu i próbowałem dostrzec gdzieś smoka, lecz póki co poszukiwania nie dawały żadnych rezultatów. W zasięgu mojego wzroku właśnie pojawił się wysoki wodospad, którego szum już dolatywał do moich wyczulonych uszu. Silna, spieniona woda z dużą szybkością wystrzeliwała w powietrze aby po sekundzie spaść w otchłań i uderzył o niespokojne jezioro u stóp wodospadu. Otoczenie stanowiły bujne lasy typowe dla tej niezwykłej, pięknej krainy. Wiedziałem, że mieszkanie Alharisa znajduje się gdzieś w zasięgu wzroku od owych niesamowitych okolic, jednak obszary moich poszukiwań mogłyby być niezwykle olbrzymie. Smok mógłby być wszędzie, ponieważ wiedziałem jakie otrzymał stanowisko na tej wyspie. Możliwe było również, że akurat wybrał się na zwiedzanie naszego wspólnego więzienia. Możliwości było naprawdę sporo, ale na razie nie zawracałem sobie nimi głowy, tylko wypatrywałem blasku łusek w słońcu czy jakiegokolwiek innego znaku bytności poszukiwanego.
Zbliżyłem się do wodospadu mając go po swojej lewej stronie i zawisłem w powietrzu machając mocno skrzydłami aby utrzymać się w jednym miejscu i nie spaść w dół. Huk zagłuszał większość odgłosów, z czego oczywiście nie byłem zadowolony, więc oddaliłem się po wcześniejszym obrzuceniu otoczenia wzrokiem. Spojrzałem w górę mrużąc mocno powieki. Słońce stało w zenicie, co oznaczało, że przebywałem w powietrzu już wiele godzin, bo łapy oderwałem od ziemi godzinę przed wschodem. Całe szczęście nie czułem jeszcze ani głodu ani pragnienia ani zmęczenia.
Kiedy już chciałem oddalić się z miejsca, w którym aktualnie się znalazłem, moją uwagę przykuł cichy syk, gdzieś spode mnie. Od razu spojrzałem w dół, lecz moje oczy nie ujrzały nic podejrzanego, jedynie małe z tej odległości drzewa. Niektórzy pewnie zignorowali by to lub stwierdzili, że się przesłyszeli, lecz ja już wiedziałem.
-Alharisie, gdzie jesteś?- zawołałem w powietrze czując, że jest w pobliżu. Mimo, że przez chwilę nic się nie działo, nadal czekałem. Skupiłem się tylko i otworzyłem na zmysły. Nagle poczułem szybki ruch tuż obok, a moje ciało owiał delikatny powiew wiatru. Trwało to zaledwie kilka sekund, ale w duchu uśmiechnąłem się, ponieważ znalazłem jedyną zamieszkują tę wyspę istotę, której bliska była Darma. Wiedziałem, że skoro jeszcze mi się nie pokazał, ale powiadomił o swojej obecności, to zapewne nie chce rozmawiać na otwartej przestrzeni, w powietrzu.
-Chcę porozmawiać.- wyjaśniłem nadal nie widząc nic. Doszedłem do wniosku, że smok jest niewidzialny. Nagle mój wzrok przykuło nagłe światło parę metrów przede mną. Po sekundzie zniknęło aby pojawić się znowu poniżej i znowu, coraz bardziej oddalając się ode mnie. Zakładałem, że to odbijające się promienie słoneczne w pojedynczych przezroczystych łuskach na ciele niewidzialnego smoka, który pozwolił niektórym częściom swojej skóry na odbijanie słonecznych promieni. Podążyłem za jego śladami obniżając lot coraz bardziej aby w końcu lecieć tuż nad poziomem drzew. Nie mogłem doczekać się na rozmowę z tą legendarną istotą, pochodzącą z rodu władców panujących nade mną i moja planetą. Miałem tylko nadzieję, że zgodzi się na dołączenie do planujących bunt przeciw naukowcom stojącym za oderwanie od wszystkiego co kochaliśmy.

<Shavi, Coela lub Enrique?>

niedziela, 20 maja 2018

Od Rohusayego CD Shavi' ego ,,Przybycie na wyspę"


Po opuszczeniu jaskini przez Coelę i Enrique stałem przez chwilę w ciszy rozmyślając o tym, co będę robić i stwierdziłem, że nie ma co czekać i, że od razu powinienem próbować znaleźć Alharisa.
Sam nie wiedziałem ile to potrwa, wyspa jest dość duża, a szybki smok, który potrafi zamienić swoje ciało w powietrze, może być przecież wszędzie. Przeczytane przeze mnie notatki, które znajdowały się w ukrytym pomieszczeniu mówiły, że jego jaskinia mieści się wśród bujnych lasów Krainy Wiecznego Rozkwitu, niedaleko jednego z większych wodospadów. Dzięki mapom odkrytym w Wielkiej Bibliotece miałem niejasne pojęcie, w którą stronę mam lecieć. Postanowiłem szukać smoka zdając się na skrzydła. Po pierwsze: będzie szybciej. Po drugie: ogarnę spojrzeniem większą przestrzeń, dzięki czemu zwiększą się szansę na ujrzenie szukanego. Po trzecie: on szybciej zobaczy mnie w powietrzu. Nie zamierzałem się kryć, byłem pewien, że nic mi nie zrobi, ponieważ wiedział o sfinksach, a także nie atakował bez powodu.
Zdecydowałem się na podróżowanie bez torby, bo gdybym ją miał wyglądało by zdecydowanie dziwnie i niepokojąco dla naukowców, zwłaszcza podczas lotu. Nie wiedziałem również, czy wyrobię się w dwa dni do zachodu słońca, ale cóż, zawsze warto spróbować. Nie wiedziałem jak zareaguje na moją obecność i na propozycję, którą mu złożę- o ile oczywiście go znajdę, ale miałem szczerą nadzieję, że weźmie udział w naszym spisku. Jego wsparcie byłoby niezwykle pomocne, tego byłem pewien.
Raczej nie powinno być problemów z wodą i pożywieniem. Na terenie prawie całej wyspy woda była dostępna i to w dużych ilościach. Jedzenia także nie powinno zabraknąć. Po skończonym posiłku oraz napiciu się wyszedłem z jaskini i rozpostarłem skrzydła. Nie zwlekając dłużej wzbiłem się w powietrze, dzięki paru mocnym ruchom moich skrzydeł. Zwiększając wysokość, stopniowo czułem coraz silniejsze i chłodniejsze powiewy mierzwiące włosy, brodę, futro i pióra. Lot pod nieskończonością wszechświata zawsze cieszył moje serce i napełniał myśli ukrytym szczęściem. Światło dwóch księżyców i lśniących gwiazd przypominał mi o moim dawnym życiu. Odpłynąłem w świat wspomnień wracając do dawnych chwil. Nagle stałem na wschodniej wieży Teskariotolisu obrzucając spojrzeniem spokojnie śpiące miasto, setki kilometrów pode mną. Znajdowałem się w cieniu największej z wież, najważniejszej i najpilniej strzeżonej. Prowadziła ona do zamkniętych, rzeźbionych ręką mistrzowską wrót, które otworzyć mogły tylko słowa sfinksów lub królewskich smoków. Wnętrze skrywało prastarą bibliotekę. Treść ksiąg i zwojów mogłaby doprowadzić zwykłego człowieka do szaleństwa tak wielką ilością informacji o wszystkich znanych dotychczas nam światach. Były tam ukryte losy tak wielu planet, że aby przeczytać wszystkie nie starczyłoby życia; powstawanie nowych, rozpad zmęczonych trwaniem. Darma, choć niewielka, należała do grona jednych z najstarszych. Jej mieszkańcy od dawien dawna szukali informacji o innych życiach poza nią. Przez wieki za potężnymi drzwiami, którym swojego drzewa użyczyło prześwietne Drzewo Istnienia, którego korzenie niegdyś oplatały całą Darmę, skrywały się informacje tak niesamowite, że każdy czytający w swoim mózgu widziałby dokładną drogę wędrowców spisujących wszystko, całe piękno dawnych lat i moc okrytych zapomnieniem istnień żyjących przed wiekami. Narodziny nowych światów, konanie starych i cała historia oplatająca je wszystkie. Taką treść zawierały nasze Księgi, których bronilibyśmy do śmierci. Sam nigdy nie przestąpiłem progu biblioteki, od wielu lat jej podwoje stały zamknięte. Dawno temu podjęto decyzję, która zabraniała wstępu. Uratowało to zapewne wiele istnień, żyjących na planetach, które nie chciały być odkryte.
Wieża ta znajdowała się po mojej prawej stronie, wnosząc się majestatycznie na tle nocnego nieba, wśród którego rozsiano gwiazdy. Mój stary przyjaciel- wiatr szalał wokół mnie, dotrzymując towarzystwa w samotności. Świat okryła ciemność, lecz nie taka, której niektórzy się boją. Ta ciemność przynosiła utęskniony odpoczynek i spokój. Z głębi lasu dochodził głośny śpiew nocnych ptaków, nienawykłych do światłą dnia. Ich głosy tworzyły doskonałą harmonię łącząc się we wspólnej pieśni. Czy ptaki nadal radują uszy niemogących spać? Czy nadal panuje spokój? Czy naukowcy wynieśli się z planety, zostawiając na niej życie?
W końcu wyrwałem się ze wspomnień i niepokoju zalewających moją głowę. Może Alharis udzieli mi jakichś informacji? Byłbym mu niezwykle wdzięczny. Póki co, musiałem go znaleźć. Machnąłem jeszcze raz skrzydłami, po czym wystawiłem się na działanie mocnych powiewów potrafiących nieść moje ciało, od czasu do czasu delikatnie korygując kierunek lotu.

<Shavi?>



piątek, 27 kwietnia 2018

Od Rohusayego CD Shavi'ego ,,Przybycie na wyspę"


-W takim razie, dobrze.- zgodziłem się na propozycje smoka. - Ja zaś udam się do Alharisa, jeśli nie macie nic przeciwko.- zapadła cisza, więc uznałem ją za zgodę. Wolałem się jeszcze raz spytać, mimo, że omówiliśmy już tę kwestię, także ze względu na Shavi'ego.
-Myślę, że powinniśmy już iść spać, skoro wszystko ustaliliśmy.- rzuciła Coela strzelając knykciami. Każdy skinął głową na znak zgody, a ja podszedłem pod ścianę i położyłem się, opierając się o nią bokiem. Enrique spojrzał na mnie i spytał:
-Na pewno nie będziesz mieć nic przeciwko abyśmy tu spali?
-Nie.- po kilku chwilach każdy znalazł jakieś dogodne miejsce do snu. Tylko Shavi nie ruszył się z miejsca, nadal siedział na pnączu. Domyśliłem się, że niedługo odleci, a chwilę później potwierdził moje przypuszczenia.
-Zaraz po tym jak zaśniecie, odejdę. Czy macie wyznaczone następne spotkanie?- Coela podniosła się do pozycji siedzącej i odparła:
-Owszem, za dwa dni, dwie godziny przed zachodem słońca na Dzikiej Plaży, niedaleko mojego domu.- smok delikatnie skrzywił się i przekrzywił głowę.
-Na otwartej przestrzeni?
-Oczywiście, że nie. Plaża jest niewielka, a zaraz za nią jest las. Po za tym nasze spotkanie nie będzie długie, jedynie powinno zając nam parę minut. Wyjaśnimy sobie tylko czy znaleźliśmy coś interesującego.
-A jak się znajdziemy?
-Będę stać na brzegu. Powinniście mnie zauważyć. Spokojnie, na tę plażę nikt nie przychodzi, nie ma na niej także monitoringu, już sprawdziłam.
-No cóż, dobrze.- po tych słowach zamknąłem oczy i usnąłem.

***

Rano, kiedy się obudziłem smoka już nie było. Enrique miał otwarte oczy, lecz jego siostra jeszcze spała. Skinąłem mu głową na powitanie, po czym wyjrzałem na zewnątrz przez roślinność. Było oczywiście ciemno, ale wyczułem, że w pozostałej części wyspy, słońce już wstało. Wróciłem do środka. Elf wstał i potrząsnął ramieniem siostry.
-Będziemy się zbierać.- rzucił do mnie i jednocześnie do niej. 
-Słońce po drugiej stronie wyspy już wzeszło.- powiedziałem i usiadłem. Coela szybko podniosła się z ziemi i otrzepała.
-Dziękujemy za gościnność.- rzuciła. Ja machnąłem łapą w odpowiedzi.
-Zatem do widzenia.- skinęła mi szybko głową, po czym razem z Enrique przekroczyli roślinne wejście i zniknęli mi z oczu.

<Shavi?>

niedziela, 22 kwietnia 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Po przedstawieniu się przybysza wszyscy się otrząsnęliśmy, a Coela wstała i odpowiedziała.
-Nie ma potrzeby abyś przepraszał, Shavi. Czy naprawdę jest już tak późno? W każdym razie witamy cię. Mam na imię Coela, to jest mój brat- Enrique, a obecny tu sfinks to Rohusaya.- Oboje z elfem skinęliśmy głowami, gdy tylko wypowiedziała nasze imiona. Smok machnął w powietrzu skrzydełkami, po czym wylądował na jednym z grubych pnączy ciemnozielonej rośliny oplatującej ścianę.
-Miło mi Was wszystkich poznać. Czy mogę spytać co robicie tutaj wszyscy, skoro jest już po drugiej w nocy?- wymieniliśmy między sobą spojrzenia, lecz nikt się nie odezwał. Shavi zauważył naszą niepewność.
-Nie musicie odpowiadać, skoro jest to coś, jak widzę, bardzo poufnego.- zapadło milczenie i nikt nie miał pomysłu jak je przerwać. Po kilku chwilach w końcu postanowiłem spytać:
-Czy mogę wiedzieć jak znalazłeś moje mieszkanie, Shavi?- spytałem kryjąc ciekawość pod kamienną maską, lekko strosząc skrzydła. Smok przechylił głowę, po czym odparł.
-Cóż, jestem posłańcem snów. Każda istota w jakiś sposób przyciąga mnie, inaczej nie mógłbym dotrzeć do wszystkich. Odnalezienie jej jest moim zadaniem, a dzięki temu jestem w stanie znaleźć drogę do miejsca, w którym przebywa.- pokiwałem głową parę razy w zamyśleniu.
-Mam pewną radę dla was. Lepiej zostańcie już tutaj do końca nocy aby nie wzbudzać podejrzeń naukowców. Wysyłają nocne patrole, jeden z nich widziałem ze dwa kilometry stąd.
-Tak zrobimy.- Smok najwyraźniej dał nam tę radę z dobrego serca, a gdyby pracował dla tych, którzy umieścili nas na tej wyspie, zapewne nic by nie rzekł. Może i on snuje plany o ucieczce z tego przeklętego miejsca. Może moglibyśmy mu zaufać? Z drugiej strony, nie wiadomo, co kryje się za zasłoną jego myśli. Bardzo chciałbym mu zaufać, jednak najpierw trzeba by spytać się go nie wprost. O tym zaś, wiedzieli wszyscy, ale nikt nie miał za bardzo pomysłu jak to zrobić. Westchnąłem w duchu, po czym zacząłem:
-Od długiego czasu przebywasz na tej wyspie?- spytałem delikatnie uderzając ogonem o ziemię. Smok przeszedł parę kroków po roślinie, po czym zatrzymał się i odparł:
-Tak, całkiem sporo.
-Podoba ci się tutaj?
-Jest całkiem ładnie, jednak to nie to samo co ojczyzna...- zapatrzył się w przestrzeń przed sobą i umilkł. Wstałem powoli, po czym podszedłem parę kroków bliżej wwiercając w niego poważne spojrzenie.
-Posłuchaj mnie Shavi. To, o czym za chwilę będziemy rozmawiać jest sprawą wielkiej wagi, dlatego przysięgnij, że nic o tym, co usłyszysz nie dostanie się przez ciebie do uszu naukowców.- patrzyłem mu w oczy, ani na chwilę nie odwracając uważnego, poważnego wzroku. Smok skinął po chwili głową, po czym odparł:
-Przysięgam.
-A więc dobrze. Liczę, że dotrzymasz tego co przed chwilą potwierdziłeś. Ufam ci i choć wiem, że nie znamy się długo, myślę, że powinieneś o tym usłyszeć.- rodzeństwo elfów skinęło głowami na potwierdzenie.
-Cóż, w takim razie, o co chodzi?

<Shavi?.>

niedziela, 8 kwietnia 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


-Myślę, że jest to dobry plan. Musimy jednak postarać się dowiedzieć nieco więcej o samej tej sprawie, ale tak aby nie było to podejrzane. Sam z pewnością wrócę do ukrytego pokoju i przejrzę pozostałe zapiski, które ułatwiłyby nam zrozumienie całej sytuacji. Mam tylko nadzieję, że nie wykryto tam mojej obecności, chociaż skoro do tej pory nie podjęli w związku z tym żadnych zadań raczej nie ma się czego obawiać. - stwierdziłem, a Coela powoli pokiwała głową.
-W takim razie ustalone. Ja wraz z Enrique będziemy mieć naukowców na oku i w razie czego damy ci znać.- w jaskini zapadła cisza, którą po chwili przerwał elf.
-Powinniśmy ustalić miejsce i godzinę następnego spotkania, bo nigdy nie wiadomo co może się zdarzyć. Gdybyśmy przyszli do ciebie od razu, gdy tylko się czegoś dowiemy, Rohusayo, a ciebie by tu nie było, stracilibyśmy czas, także na odnalezienie się nawzajem.
-To prawda, lecz na pewno nie w mojej jaskini. Po pewnym czasie wydałoby się to naukowcom podejrzane, o ile już nie jest.
-W takim razie, może na Dzikiej Plaży obok mojego domu? Mało kto się tam zapuszcza.- zaproponowała Coela zakładając ręce na piersi. Jej brat skinął głową w zgodzie z tym pomysłem, a ja uderzyłem ogonem w ziemię.
-Pozostaje jeszcze tylko godzina i termin. Lepiej nie zjawiać się tam w nocy, to dopiero przyciągnęłoby uwagę naukowców.
-Dwie godziny przed zachodem słońca za dwa dni?- rzucił Enrique. Zgodziliśmy się, więc nasze obrady miały się ku końcowi.
-Jest jeszcze jedno.- zacząłem wstając i podszedłem do ściany wpatrując się w nią.
-O co chodzi?- spytała elfka z ciekawością.
-Przeglądając zapiski zobaczyłem zdjęcie kogoś, kto jest drogi mi i mojej planecie. Chciałbym go ujrzeć i w razie czego zaproponować dołączenie do naszego przedsięwzięcia.- rodzeństwo spojrzało sobie w oczy, po czym Coela zapytała ostrożnie:
-Czy jest godny zaufania?- zapatrzyłem się w ścianę, przed którą stałem ponownie i odpowiedziałem:
-Nie będę wtajemniczać go od razu, lecz jestem pewny, że nie zdradzi, a nawet pomoże. W końcu jego lud został napadnięty, ród jest w niebezpieczeństwie, a moje serce ufa mu. Jest przywiązane do każdego prawego z jego rodziny, a w nim wyczuwa istotę uczciwą i dobrą. A ono nigdy się nie myli.- zamilkłem szczerze wierząc w to, co powiedziałem.
-Jego lud?- podkreślił Enrique unosząc brew w zapytaniu. Przerzuciłem na niego wzrok.
-Tak. Jego bratem jest władca, ojcem dawny pan, a sam pochodzi z Wielkiej Rodziny Smoków Królewskich rządzących od wieków na mojej planecie, Darmie.
-A więc jest to smok?
-Tak. Myślę, że jego pomoc by się nam przydała.

<Coela?>

wtorek, 3 kwietnia 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Szedłem pierwszy nie odwracając się za siebie, słysząc cichą rozmowę brata z siostrą idących parę kroków za mną. Od razu zauważyłem, że byli do siebie niezwykle przywiązani, mimo bardzo długiej rozłąki. Byłem pewny, że mogę zaufać Enrique, nie tylko dzięki zapewnieniom Coeli, ale także przez swoje obserwacje. Miałem pewne doświadczenie w rozpoznawaniu zamierzeń różnych istot, a elf wydawał się wiarygodny. Jego oczy miały szczery wyraz, a mój szósty zmysł podpowiadał mi, że nie zdradzi, więc postanowiłem opowiedzieć i jemu o moim odkryciu. Wiedziałem, że położę na szali wiele, ale zaufałem słowom Coeli, własnym podszeptom i postawie młodzieńca. 
Niebo nad naszymi głowami zaczęło ciemnieć coraz bardziej, a na jego czarnym płaszczu zaczęły pojawiać się pojedyncze gwiazdy. Po niedługiej chwili światłość całkowicie ustąpiła mrokowi, a słońce dwóm srebrzystym księżycom dającym wystarczająco dużo widoczności, przynajmniej moim oczom. Dotarliśmy do wzgórza, mieszczącego moje mieszkanie. Odwróciłem się i zaczekałem na moich towarzyszy, którzy pozostali nieco z tyłu, a gdy już stanęli przede mną odsunąłem się bez słowa i pozwoliłem im wejść. Enrique uniósł brwi, pewnie zastanawiając się gdzie jest wejście, lecz elfka, która była tu już raz, najwyraźniej zapamiętała usytuowanie otworu wejściowego, bo rzuciwszy na mnie szybkie spojrzenie podeszła do ściany o bujnej roślinności i odgarnęła ją, ruchem ręki pokazując jej bratu aby szedł za nią. Kiedy już znaleźli się poza moim wzrokiem w jaskini rozejrzałem się uważnie. Nie było widać ani jednej żywej duszy, zresztą tak jak myślałem, ale musiałam się upewnić, że nikt, zwłaszcza naukowcy nie szpiegują nas. Kiedy już upewniłem się, że na polanie jesteśmy sami, sam wszedłem w progi mojej jaskini. Rodzeństwo już na mnie czekało. Coela usiadła przy ścianie na przeciwko, a Enrique stanął tuż przy niej. 
- Tutaj już żadne uszy oprócz naszych nie będą w stanie nas usłyszeć.- w końcu odezwałem się podchodząc i przysiadłem parę metrów od tej dwójki zamiatając ziemię ogonem i pozwalając skrzydłom odrobinę się rozluźnić. Obrzuciłem ich długim, poważnym spojrzeniem zanim znowu się odezwałem.
- Wybaczcie mi to co teraz powiem. Chcę abyście wiedzieli, że ufam wam całym swoim sercem, mimo, że poznaliśmy się niedawno- przerwałem patrząc w oczy najpierw Coeli, potem Enrique.- Jednak muszę upewnić się, że nie powiecie nikomu tego, co wam teraz wyjawię. Jest to bardzo ważne, inaczej stracilibyśmy odpowiedzi na wiele zadanych w naszych myślach pytań.- Elfka wstała i położyła dłoń na ramieniu brata.
- Nie wyjawimy niczego, ani ja ani mój brat.- po wypowiedzeniu tych słów na powrót usiadła. Skinąłem głową w podziękowaniu, po czym wyprostowałem się.
- Wyruszyłem do świątyni wczesnym rankiem, a w jej wrota wszedłem niedługo po pojawieniu się słońca na nieboskłonie. Skierowałem się do biblioteki, w której miałem nadzieję coś znaleźć, lecz moje poszukiwania okazały się bezcelowe. Choć nie do końca.- przerwałem przymykając oczy.- czułem ukryte drzwi, jakieś wejście, które ukryło się moim oczom. Dzięki mojej mocy udało mi się do nich dotrzeć i otworzyć je. Ukryte przejście prowadziło do zapewne ważnego dla naukowców pomieszczenia. Odkryłem w nim księgi, papiery i zeszyty, lecz czasu starczyło na przejrzenie tylko jednego z nich. Jego zawartość zdziwiła mnie, ale również zaniepokoiła. Byli tam wpisani wszyscy mieszkańcy wyspy, a także bardzo dużo informacji o każdym. O mnie samym przeczytałem wiele, również rzeczy, o których nikomu nie mówiłem. Nie wiem jakim cudem, ale naukowcy są w stanie pozyskać dane o nas, ze źródeł o których nie mamy pojęcia.- zakończyłem obserwując ich reakcje. 

<Coela?>

wtorek, 27 marca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Oglądając zeszyt spróbowałem dowiedzieć się najważniejszych informacji o wszystkich mieszkańcach wyspy. Kiedy w miarę uporządkowałem wszystko w głowie, odłożyłem notatnik na poprzednie miejsce i ogarnąłem pomieszczenie wzrokiem, sprawdzając czy wygląda tak samo jakim je zastałem. Gdy już uznałem, że nie widać żadnych oznak mojego pobytu w tym miejscu, odwróciłem się i rzuciłem rozkaz w stronę ściany będącej jednocześnie drzwiami do tego ukrytego pokoju. Drzwi utworzyły się po paru sekundach i rozwarły dając mi szansę wyjścia z tego dziwnego, małego pomieszczenia, w którym spośród książek i papierów wyzierała nieodkryta dotąd tajemnica. Szybko przekroczyłem ich próg wiodąc wokół uważnym spojrzeniem. W bibliotece nie było nikogo, zresztą tak, jak podejrzewałem, więc zacząłem powoli, jak gdyby nigdy nic, kierować się w stronę wyjścia. Za moimi plecami ponownie stałą biała, lekko chropowata ściana. Kiedy wyszedłem na korytarz o lśniącej, odbijającej moją postać podłodze popadłem w myśli. Odkryte przeze mnie pomieszczenie i jego zawartość z pewnością dawało odpowiedzi na wiele pytań pozostawionych dotąd bez odpowiedzi, lecz zapewne nie na wszystkie. Oczywiście, musiałem tam wrócić aby przejrzeć więcej, ale wiedziałem, że siedziałem w bibliotece przez dość długi czas, a mogło to zaniepokoić naukowców gdybym przebywał tam jeszcze dłużej. Zanim moje oczy prześledzą wszystko, co nieco rozjaśniłoby opary niewiedzy minie zapewne dużo czasu. Póki co, nie mogłem nikomu powiedzieć o tajnym pokoju, bo mogłoby skończyć się to odkryciem naszych zamiarów i pogrzebaniem nadziei na rychłą ucieczkę. Jedynymi uszami, które powinny na razie o tym usłyszeć byłyby uszami Coeli. 
Zastanawiała mnie, ale także bardzo niepokoiła obecność Królewskiego Smoka na wyspie. Czy Darma upadła? Miałem nadzieję, że nie i trzymałem się jej jak liny człowieka skaczącego nad przepaścią. Wmawiałem sobie, że to niemożliwe. Ani sfinksy ani Smoki, a również zwykli mieszkańcy nie oddaliby tak łatwo Teskariotolisu na pastwę naukowców. Lód naszej ojczyzny był wierny i nigdy nie oddałby matczynej ziemi w ręce najeźdźców. Uważnie przeczytałem o owym smoku i to, co przyswoił mój mózg napełniło mnie niejaką radością, ale także smutkiem. Alharis- bo tak brzmiało imię dostojnego smoka, jednego z dwóch synów Pana Lerestrusa- był bratem samego Niterlatesa owianego, jak wszystkich z jego rodu, szacunkiem i wieloma legendami. Serce moje radowało się na myśl, że jest w tym więzieniu ktoś, kto widział Darmę. Również wszystkie opowieści i podania sprawiły, że czułem się choć lekko szczęśliwym pośród całego tego bagna porażek. Sam królewski brat i potomek byłego władcy zawitał na wyspę, a jak wiadomo, wszyscy strażnicy Teskariotolisu pragnęli przynajmniej raz w życiu ujrzeć pradawnych panów i obrońców naszego państwa, także ja. Od lat uważano ich za zwiastunów przyszłego zwycięstwa i nadziei. Niestety nikomu od wieków nie ukazali się, do czasu najazdu naukowców. Zapewne tego dnia wiele twarz rozjaśnił słaby uśmiech gnany myślą o lepszym jutrze.
To, co zasmucało całe moje serce, to to, że Smoka porwano i barbarzyńsko przywieziono na wyspę. Jako obrońca i syn sfinksów oddanych Darmie i jej niewidocznym władcom, wszystko buntowało się we mnie przeciw porwaniu jednego z ich rodu. Choć nigdy żadnego z nich nie ujrzałem na oczy byłem pewny, że wolałbym zginąć niż pozwolić na znieważenie lub śmierć jednego z nich. Takie już serce sfinksa- przywiązane do wszystkiego co broniło i opiekowało się Teskariotolisem i Posągiem.
Kiedy tylko ujrzałem zdjęcie smoka Alharisa, już wiedziałem, że muszę się z nim spotkać i zapytać o Darmę, jej bezpieczeństwo, a także dowiedzieć się czy Królewski zamierza za wszelką cenę wydostać się stąd. Potem razem z Coelą moglibyśmy przedstawić mu plan ucieczki. Byłem pewny, że przyłączy się, a nawet jeżeli jakimś cudem nie, to nie powie słowa naukowcom. 
Nawet nie zauważyłem kiedy znalazłem się w przedsionku, a świadomość otoczenia ogarnęła mnie dopiero gdy wyszedłem przed Świątynię i poznałem jedną z dwóch sylwetek stojących paręset metrów przede mną. Szybko otrząsnąłem się z zamyślenia i ruszyłem w stronę Coeli i jakiegoś nieznajomego mi jej towarzysza. Z moich obserwacji wynikało, że należał on również do wielkiej rodziny elfów. To co mnie zastanowiło to to, że oboje mieli nieco podobne rysy twarzy. Czyżby byli spokrewnieni? Zapewne niedługo się dowiem. Nie odzywałem się dopóki nie znalazłem się zaledwie parę kroków przed nimi. Najwyraźniej czekali na mnie, ale nie wiedziałem z jakiego powodu.
-Witaj Coelo! Witaj nieznajomy! Co was tutaj sprowadza?

<Coela?>

niedziela, 25 marca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Przeszukałem całą bibliotekę, ale nic dotychczasowo nie wpadło mi w oko. Czyli naukowcy nie byli jednak tacy głupi na jakich wyglądali. Ale przecież muszą gdzieś tu być...Stanąłem pośród półek, zamknąłem oczy i skupiłem się próbując wyczuć ukryte drzwi lub inne schowki. Dzięki mocy polegającej na otwieraniu wszelkich wrót, okien i takich rzeczy mogłem mieć nadzieję na odnalezienie odpowiednich ksiąg. Zawsze dokładnie wyczuwałem to, co miałem otworzyć, więc i tu, choć nie widziałem, mogłem wyczuć. W myślach nakazałem wszystkim ukrytym drzwiom otworzyć się. Kiedy nic się nie wydarzyło, powtórzyłem to samo, tyle, że o wiele mocniej i w końcu poczułem coś z miejsca za półkami po mojej prawej stronie, więc się tam skierowałem. Podszedłem pod samą ścianę, z której wyraźnie leciały do mnie lekkie impulsy. Dokładnie ją obejrzałem, lecz wyglądała normalnie.
-Otwórzcie się!-zażądałem w myślach jeszcze raz, mocno i dobitnie. Odsunąłem się o parę kroków i wpatrywałem w to, co właśnie się działo. Przez ścianę zaczęła biec szara rysa tworząc jakby krawędzie drzwi. Podobnie jak przy otwarciu Sezamu w filmie ,,Alibaba i czterdziestu rozbójników". Wszystko odbywało się w zadziwiającej ciszy, a po chwili biała część ściany zamieniła się w brązowe potężne drzwi, otwarte tuż przede mną. Szybko przekroczyłem ich próg i nakazałem zamknąć się. Znalazłem się w małym pomieszczeniu o słabym, białawym i przerywającym oświetleniu. Na środku stało dosyć spore biurko zawalone książkami. W kątach stały pudełka, z których wysypywały się tkaniny i różne papiery, a pod ścianami znajdowało się parę biurek z wyłączonymi komputerami.
Rozejrzałem się uważnie wokół wypatrując kamer, lecz nic nie zauważyłem. Nie było też ani jednego otworu na powierzchni ścian, gdzie mogłyby się znajdować. Wzrok mam dobry, a, że nic nie wypatrzyłem, powoli ruszyłem w stronę głównego biurka. Obrzuciłem wzrokiem leżące na nim książki i zaintrygował mnie spory, czarny notatnik z wypisanym białym tytułem: ,,Mieszkańcy Wyspy", więc wziąłem go do łap i zacząłem przerzucać kartki. Na poszczególnych widniały wklejone zdjęcia różnych istot i wszystkie informacje o różnych planetach i galaktykach, wszystkich mocach, statusach itd. Natrafiłem na zdjęcie Coeli. Widać, że była nieprzytomna podczas jego robienia. Pod spodem widniały zapisane ręcznie notatki o elfce. Nie czytałem ich, tylko przerzuciłem parę kolejnych stron i natrafiłem na siebie. Dawno zapomniany gniew zaczął buzować w moich trzewiach, ale zdusiłem go w sobie i niespokojnie biegłem oczami po kaligraficznych literach opisujących mój gatunek i moje życie. Byłem zaniepokojony tak dużą ilością informacji, z racji tego, że sam nic im nie powiedziałem, a nikt inny na tej wyspie niezbyt wiele o mnie wiedział. Sapnąłem zagłębiając się coraz bardziej w tekst. Darma- moja ojczyzna- opisana została tak dobrze jakby naukowcy mieszkali tam przez całe swoje życie. Wiedzieli nawet o Królewskich Smokach, a przecież ich imiona zostały ukryte w tajemnicy przez mieszkańców planety. Zamknąłem zeszyt z trzaskiem rzucając wokół spojrzeniem. Gdybym mógł spaliłbym to miejsce i to z wielką przyjemnością. Po chwili milczenia i wpatrywania się w notatnik znowu otworzyłem go i kontynuowałem czytanie, lecz porzuciłem moje strony i przeleciałem dalej. Oglądałem z namysłem wszystkie zdjęcia istot, które przybyły na wyspę, aż nagle moje oczy uchwyciły obraz tak bliski, a jednocześnie odległy. Gorączkowo rzuciłem spojrzenie niżej szukając nazwy rasy owej istoty i skamieniałem. Smok z rodu Królewskich panujących na Darmie, smok świetlny. Trzasnąłem ogonem o podłogę i ponownie zatrzasnąłem notatnik. Jak to możliwe? Przecież Smoki Królewskie są nie do złapania, żyją wśród wiatru i nieba...Chyba, że zleciały na ziemię by bronić Darmę przed najeźdźcami. Ale smoki pojawiają się w wypadkach niezwykle niebezpiecznych, ostatecznych, a to oznaczało, że naukowcy muszą być zagrożeniem o wiele większym niż nam się tu wszystkim wydawało.

<Coela? Pisane szybko, ale złapała mnie jakaś wena>

wtorek, 20 marca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Kiedy dotarłem do mojej jaskini, powolnym krokiem przekroczyłem roślinną firanę i położyłem się wśród długiej, delikatnej trawy moje myśli popędziły w stronę jutrzejszego dnia. Jutro, jeśli będę miał szczęście, powinno udać mi się dostać do Wielkiej Biblioteki i znaleźć coś co pomogłoby mi poznać niektóre tajemnice tej wyspy. Ciekawiło mnie kiedy i co ma zamiar zrobić Coela. Teraz należało tylko nie ujawnić swoich działań naukowców, bo wszystko zostałoby odkryte. Ledwie się poznaliśmy, a już razem planowaliśmy bunt. Czy wciągniemy w to innych mieszkańców wyspy? Zobaczymy co przyniesie los. Najpierw musieliśmy sobie zaufać.

***

Stanąłem przed bramą świątyni patrząc spokojnie na jej zamknięte drzwi, czekając aż je otworzą. Po chwili wielkie wrota zaczęły rozsuwać się pokazując wnętrze. Wokół jaśniało lekko fioletowe światło, odbijając się od lustrzanej podłogi. Wkroczyłem do sali wejściowej nie napotykając nikogo, co oczywiście było mi na rękę i skierowałem się do prawego korytarza prowadzącego do biblioteki. Żaden człowiek przez całą drogę nie stanął mi na drodze, więc czułem się całkiem komfortowo. W końcu stanąłem przed dębowymi drzwiami, na których wyrzeźbiono wiele ozdobnych elementów, zaś na samym ich środku piętrzyło się ogromne drzewo. Zamknąłem oczy i pchnąłem w nie niewidzialną siłę. Drzwi otworzyły się, a gdy przekroczyłem już próg biblioteki zamknęły się za mną. Przydatna moc. Ruszyłem małym korytarzem między półkami szukając odpowiedniej. W końcu zauważyłem jedną, stojącą w samym kącie tuż przy ścianie. Wśród jej drewnianych ramion stały stare, grube książki z pofałdowanymi i żółtymi kartkami. Miałem nadzieję, że coś będzie w nich ciekawego, więc powoli podążyłem w tamtą stronę. Skierowałem wzrok na pierwszą z brzegu. ,,Tajemnice wszechświata". Przerzuciłem się na kolejną. ,,Skały i minerały Tiskawy". Obrzucałem spojrzeniem wszystkie, ale nic nie przykuło mojej uwagi. Może naukowcy nie byli tacy głupi i ukryli gdzieś takie księgi? Westchnąłem i rozejrzałem się wokół. Nie wiadomo, póki co trzeba to wszystko sprawdzić.

<Coela?>

sobota, 17 marca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Pospiesznie wstałem kiedy Coela na grzbiecie jej towarzysza wypadła galopem z jaskini. Skoczyłem do wyjścia pokonując całą odległość jednym skokiem i po chwili stanąłem na zewnątrz szukając wzrokiem elfki i jej rumaka. Zauważyłem ich już pod samą linią drzew, a sekundę potem straciłem ich z oczu. Rozsądek kazał mi powstrzymać tę dwójkę przed zbyt pochopnym działaniem, więc szybko rozłożyłem skrzydła i wzniosłem się w powietrze na dość wysoką odległość i poleciałem w stronę czarnego w ciemnościach lasu patrząc uważnie w dół. Taka wyprawa nie miała szans na powodzenie, a miałem już w tym jakieś doświadczenie. Zawsze lepiej się przygotować niż improwizować. W dodatku można by się jeszcze czegoś więcej o całej sprawie dowiedzieć. Pod sobą zauważyłem coś jakby cień biegnący między drzewami, więc obniżyłem lot szybując na mocnym nocnym wietrze. Nie odzywałem się jeszcze, bo tu nie mógłbym wylądować, a nie wiedziałem jaka będzie reakcja Coeli. Na razie byłem w powietrzu nie wydając ani jednego dźwięku, a moi goście dalej zmierzali w stronę końca lasu. Wyprzedziłem ich i szybko wylądowałem tuż przed linią drzew kończących las, wzbijając w górę kurz. Po chwili wypadli na pustą przestrzeń, a ogier gwałtownie zatrzymał się widocznie zaniepokojony moją postacią. Mimo jego ruchu Coela nie spadła. Musiała dobrze umieć jeździć konno.
-Spokojnie, to ja.- przemówiłem aby dać im do zrozumienia z kim mają do czynienia.
-Rohusayo, czemu nas zatrzymujesz?- spytała kobieta z kamienną twarzą.
-Wypadliście z mojej jaskini tak szybko, że nie zdążyłem przestrzec was przed czającymi niebezpieczeństwami.- uniosła brew, ale nie odpowiedziała. Złożyłem skrzydła na grzbiecie i podszedłem.
-Nie powiedziałem, że przejść podziemnych nikt nie pilnuje i jestem pewien, że mają one odpowiednio zabezpieczoną obstawę. Nie wiadomo również czy nie ma tam pól magnetycznych lub pułapek, a na sto procent jest tam mnóstwo kamer i zapewne wiele innych zabezpieczeń przed zbiegnięciem więźniów. Nie mogą być przecież tak głupi.- przerwałem patrząc na jej reakcję, jednak nadal zachowywała twarz pokerzysty.
-Po za tym wcześniej należałoby się więcej o tych miejscach dowiedzieć. Można by przez jakiś czas obserwować, wykuć na pamięć sposób pilnowania, zmiany warty, znaleźć miejsca pułapek, osłabić ich czujność, słowem rozpracować najpierw głową cały ten parszywy system.- skończyłem patrząc na nią spod oka. Dawno nie mówiłem tak dużo jak teraz. Widać, że rozważała moje słowa w skupieniu, a ja czekałem na jej odpowiedź. W końcu się doczekałem.
-Masz rację.- stwierdziła z namysłem.-Mogłabym iść na przeszpiegi.- uniosłem brwi w udawanym zdziwieniu. No, no, czyli skoro wierzyła w swoje umiejętności szpiegowania musiała mieć w tym jakieś doświadczenie.
-Ja postaram się dowiedzieć więcej w świątyni. Jest wiele ksiąg i zamkniętych drzwi, które postaram się otworzyć.
-Więc chcesz mi pomóc?- zapytała ze zdziwieniem.
-Oczywiście, Coelo, nie zostawię cię z tym samą. Ja także chcę wydostać się z tej przeklętej wyspy.

<Coela?>

sobota, 10 marca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Wydawało mi się, że o czymś mi nie powiedziała, ale uszanowałem to.
-W takim razie chodźmy.- rzuciłem i zamiotłem ogonem ziemię kierując się z powrotem do mojej jaskini, która znajdowała się zaledwie parędziesiąt metrów dalej, lecz obserwującemu na myśl by nie przyszło, że tutaj się ona mieści. Była umieszczona na lekkim wzniesieniu, a wejście zakrywała rosnąca w środku gęsta roślinność, a przy światło dwóch księżyców i gwiazd nie dawało wystarczającej możliwości do odnalezienia jej, chyba, że przypadkiem. 
Nie odwróciłem się aby zobaczyć czy za mną idą, bo słyszałem ich ciche kroki i czułem na sobie ich spojrzenia. Ostatecznie poszli za mną, ale byłem pewien, że mi nie ufają. W końcu, kto by tu komuś zaufał? Do czasu kiedy stanęliśmy tuż przed Ginetres trwało milczenie.
-Jesteśmy. Czy ostatecznie decydujecie pójść za mną?- spojrzeli po sobie i Coela cicho westchnęła.
-Tak.- odpowiedziała ponownie kładąc rękę na broni ukrytej pod płaszczem. Nie powiedziałem na to nic, tylko wszedłem w rośliny aby po chwili znaleźć się wśród innego świata. Podążyłem do przeciwległej ściany jaskini i odwróciłem się. Elfka wraz z jej towarzyszem rozglądała się wokół uważnie jednocześnie zatrzymując się w bezpiecznej odległości niedaleko wyjścia. Stałem aby poczekać aż zakończą obserwacje, a kiedy się to stało powiedziałem.
-W tej jaskini żadne niepożądane uszy nie będą w stanie dowiedzieć się o czym rozmawiamy.- po tych słowach usiadłem pozwalając skrzydłom się nieco rozprostować.- Zapewne nie będzie to bardzo krótka rozmowa, więc usiądźcie, proszę.- ponownie skierowali na siebie spojrzenie i doskonale wiedziałem dlaczego. Każdy by się domyślił. Mierzyli się wzrokiem przez parę sekund po czym Coela niepewnie usiadła jednak widać było, że jest w gotowości. Koń potrząsnął grzywą i uderzył kopytem w ziemię.
-Czego dokładnie chcielibyście dowiedzieć się o tym więzieniu? Nie jestem pewien czy będę w stanie odpowiedzieć na wszystkie wasze pytania, ponieważ, jak już mówiłem, i mi nic nie zdradzono. Wiem tylko tyle, co udało mi się przeczytać w znalezionych księgach w świątyni. Jednak postaram się z czasem coraz bardziej zagłębiać w tajemnice tej wyspy.

<Coela?>


sobota, 3 marca 2018

Od Rohusayego CD Coeli ,,Przybycie na wyspę"


Kiedy stanęli tuż przed wzgórzem rozłożyłem skrzydła, podniosłem łapę do piersi i skłoniłem głowę w powitaniu po czym obrzuciłem ich długim, uważnym spojrzeniem. Kobieta o imieniu Coela z pewnością była córką elfów, a stojące parę kroków za nią zwierzę, jak mogłem się domyślać, należało do rasy koni. Nigdy żadnego nie spotkałem jednak wiele czytałem o planecie zwanej Ziemią i o stworzeniach na niej żyjącej. Uniosłem głowę ponownie patrząc w gwiazdy. W głowie dźwięczało mi zadane pytanie. Czyli nie tylko mi ludzie nie chcieli ujawnić dawno ukrytych tajemnic naszego więzienia. Przeniosłem spojrzenie na przybyszów.
-Niewiele udało mi się dowiedzieć o wyspie. Mi także nic nie ujawniono, jedynie z ksiąg w świątyni udało mi się znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania. Lecz wybacz mi, o piękna Coelo, że nie ujawniłem jeszcze swojego imienia. Zwą mnie Rohusaya.- po wypowiedzeniu tych słów zeskoczyłem ze wzniesienia lądując parę metrów od Coeli i jej, jak mi się wydawało, towarzysza. Na chwilę zapadła cisza, ponieważ elfica zapewne wiedziała, że nie jest to koniec mojej wypowiedzi. 
-Zamknięto nas w tym miejscu i nie wyjaśniono naszych niejasności. Pozostawiono nas w mroku niewiedzy.- ciągnąłem podchodząc.- Zabrano nas z domów, rzucono w nieznane...Dobrze się domyślasz, Coelo, tak jak moja i twoja ojczyzna znajduje się daleko, bardzo daleko. Nie ujrzymy stąd naszych słońc, naszych gwiazd ani naszej ziemi.- umilkłem na chwilę.- Ale nie o to przecież pytałaś.- spojrzała mi w oczy. Westchnąłem ciężko odpowiadając zmęczonym wzrokiem. Moje serce tęskniło za Darmą, za Posągiem i służbą u jego stóp. 
- Pozwól za mną Coelo i ty, szlachetne zwierzę do mojego miejsca na tej wyspie. Tam mogę wszystko wyjaśnić w spokoju nie zapominając niczego, ale jeśli chcecie możemy również zostać tutaj. Wybór należy do was.- odszedłem parę kroków dalej aby pozwolić im się naradzić. Rozumiałem, że pewnie mi nie ufają. Przecież nie mogą wiedzieć, gdzie ich zaprowadzę i czy coś im zrobię. Tutaj nazywano mnie bestią. Nic bardziej mylnego, lecz skąd mogą wiedzieć? Nie wiedziałem także czy mają potrzebny na to czas. Czy stanowisko elki dawało jej go tak dużo? Ja przez parę dni miałem przerwę, co mnie zdziwiło. Według mnie pilnowanie świątyni jest zajęciem, którego nie można opuścić. Na Darmie sfinksy żyły pod murami Teskeriatolisu, a tutaj nie pozwolono mi mieszkać tak blisko. To mnie zdezorientowało. Lata służenia Posągowi tak wryły mi się w umysł, że każda zmiana była dziwna.
 Kątem oka ujrzałem jak przybysze odwrócili się w moją stronę z postanowieniem, więc spytałem:
- Jaka jest wasza decyzja?

<Coela?>

niedziela, 25 lutego 2018

Od Rohusayego- CD Coeli ,,Przybycie na Wyspę"


Wyszedłem powoli z mojej jaskini, a kiedy przestąpiłem jej próg przystanąłem spoglądając w górę. Na wiecznie ciemnym niebie prezentowały się dwa ogromne księżyce rzucające wokół jasne blade światło. Oprócz nich po nocnym nieboskłonie spadały co chwilę gwiazdy tnąc powietrze swoimi ognistymi ogonami, a nieskończone ich piękne konstelacje piętrzyły się niby jakiś skomplikowany wzór na niemal czarnym materiale. Tak niesamowite otoczenie sprawiło, że postanowiłem zamieszkać tutaj, wśród samotności i ciszy, daleko od Świątyni, której teraz miałem bronić. Wewnątrz mnie tworzyło się coś dziwnego, właściwie mi obcego- frustracja. Czy Teskariotolis zdołał się obronić? Czy moi bracia mogą dalej żyć wśród radości razem z Białym Ludem i Królewskimi Smokami? Zastanawiało mnie to czy zeszły z chmur na pomoc swoim poddanym. Zapewne tak. Szanowałem te istoty, choć nigdy nie ujrzałem ich na oczy i byłem pewny, że w razie takiego zagrożenia dla Pomnika nie zapomniały o swoich obowiązkach. Ile Bladych Istot zginęło w tej napaści? Ile Strażników? Ile tych...naukowców? 
Machnąłem ze świstem ogonem nadal spoglądając w niebo, płynąc myślami do mojej planety, Darmy. Teskariotolis musiał być bezpieczny. Oni nie dopuściliby najeźdźców do Ksiąg i Pomnika. Cóż, ta nadzieja trzymała mnie w ryzach. Świątynia wraz z jej tajemnicami, dawno zapomnianymi i czczonymi elementami historii Darmy była dla mnie niemal świętością. Gdybym dowiedział się o jej zagładzie czy splądrowani, oni by mnie nie powstrzymali. Ujawnił by się mój dawno zapomniany gniew i nic nie powstrzymałoby mnie przed opuszczeniem tego przeklętego miejsca
Po firmamencie przemknęła kolejna, wyjątkowo jasna gwiazda. Mój wzrok podążył jej śladem zastanawiając się jak długo będę musiał tu żyć. Do końca moich dni? Nie. Muszę zdobyć informacje na temat mojego domu. Ale powoli, jeszcze dużo czasu. Trzeba to przemyśleć.
Kolejną sprawą były nękające mnie myśli na temat Świetlistej Drogi- świątyni, której miałem teraz bronić i pilnować. To co mnie zaskoczyło i napełniło nieufnością było to, że obcy nakazali mi takie stanowisko nie wyjaśniając mi wielu ważnych rzeczy. Jako Strażnik miałem pełen dostęp do wiadomości o wszystkim co się tam znajdowało, nawet o korytarzach zapomnianych przez wszystkich oprócz sfinksów. Teraz nie powiedziano mi ani słowa, co stanowiło jej wnętrze, czym było serce tej wyspy ukryte za jej murami. Nie otrzymałem żadnych planów, map, wskazówek ani ksiąg. Mogłem swobodnie chodzić po jasnych korytarzach i wielkich salach, lecz niektóre z nich były zamknięte. Nie powierzono mi żadnych kluczy i nie chciano mnie tam wpuścić. Szczególnie jedna zdawała się mieć ogromne znaczenie. Na jej drzwiach wyryto dziwne znaki, nie znane nawet mnie. Nie wiem co sprawiało uczucie pewności, że tam ukrywa się cała tajemnica, ale czułem to. Wieki na stanowisku dały mi ten zmysł. Nalegałem na otworzenie starych wrót, lecz ludzie byli głusi i tylko się przede mną kryli. Nie mogłem tych drzwi wyważyć, przynajmniej na razie. Nie kiedy naukowcy obserwowali. Jednak prędzej czy później dowiem się. Muszę wiedzieć, aby zrozumieć przynależność owej tajemnicy do wyspy i mieć pewność, że moja praca służy jej, choć była moim więzieniem. 
Nagle moje uszy wychwyciły ciche dźwięki z ciemnego lasu rosnącego parędziesiąt metrów od mojej jaskini. Odwróciłem głowę w tamtą stronę i wspiąłem się na wzgórze chcąc mieć widok na istotę, która wyłowi się spośród drzew. Byłem pewien, że jest to kolejne życie przywiezione wbrew woli na tę wyspę. Stałem tam bez ruchu oczekując obcego. Rozluźniłem mięśnie skrzydeł pozwalając im się delikatnie poruszać na mocnym, chłodnym wietrze. Po chwili zza linii drzew wyłoniła się sylwetka jakiegoś zwierzęcia i istoty na nim siedzącej. Wbiłem w nieznajomych spojrzenie obserwując dokładnie ich ruchy. Nadal stałem jak wykuty w kamieniu czekając na ich kroki. Zauważyli mnie i przystanęli. Dzieliła nas spora odległość, mimo to wypowiedziałem jedno słowo:
-Witajcie.- Od tak dawna nie odezwałem się do nikogo. Widocznie usłyszeli, gdyż postąpili parę kroków do przodu. W mroku oświetlanym dwoma księżycami i ich świtą zauważyłem, że przed lasem stoi koń, a na nim siedzi wysoka kobieta. Teraz czekałem na to, co mają zamiar zrobić, dalej będąc w bezruchu.

<Coela?>

piątek, 29 grudnia 2017

Profil sfinksa- Rohusaya

 Wierność jest pierwszą z cnót; to ona nadaje naszemu życiu jednolitość- w przeciwnym razie rozprysnęłoby się na tysiące chwilowych wrażeń jak na tysiąc szklanych odłamków.
Milan Kundera

 https://img00.deviantart.net/ff0c/i/2011/259/6/f/sphinx_of_the_ancients_by_archlimit-d4a0z60.jpg

Imię: Rohusaya
Płeć: Oczywiście męska.
Wiek: 430 lat.
Gatunek: Mitologiczny
Rasa: Sfinks w męskim wydaniu.
Głos: Dave Gahan
Stanowisko: Strażnik i obrońca świątyni.
Tatuaż: 

https://i.pinimg.com/736x/29/ec/ea/29eceaf250299636cccb43fa35195c05--tribal-lion-tattoo-lion-tattoo-design.jpg
Charakter: Rohusaya jest niezwykle poważnym sfinksem, z którego ust nigdy nie padł ani jeden żart. Jest niezwykle dostojny, świadomy swojego pochodzenia i dumny z niego. Owiany jest siecią wielu tajemnic, które od wieków nie zostały ujawnione. Jest wierny starym prawom i obyczajom i nie obchodzi go, czy będzie się komuś wydawał dziwakiem. Zdecydowanie samotnik, raczej stroni od towarzystwa. Mimo jego surowego wyglądu jest nastawiony do wszystkich pokojowo, lecz swoich poglądów, rodziny, przyjaciół i powierzonych mu skarbów czy tajemnic będzie zaciekle bronił. I słowem, i walką. Niezwykle spokojny i opanowany, aby obudzić w nim straszny gniew trzeba się bardzo namęczyć i zrobić wiele złego. Lepiej jednak, aby nie doprowadzić go to tego stanu, gdyż ziemia się trzęsie. Mało mówi, czasem zagadkami. Cechuje go wielka odwaga i brawurowość, nierzadko stawał naprzeciw wrogom stokroć liczniejszym od strażników, do których należał. Emocje skrywa głęboko w sobie, zapomniał czym jest uśmiech, o śmiechu już nie mówiąc. Bardzo trudno jest uzyskać jego zaufanie, wielu może on onieśmielać. Honorowy jest bardzo, ten, kto wbije przyjacielowi nóż w plecy, uważany jest przez niego za nic niewartego węża o wielu językach. Lojalny aż do końca. Niezwykle inteligentny, nie raz wymyślał chytre pułapki aby nie dopuścić obcych do Świątyni.
Cechy fizyczne: Rohusaya jest potężnym i dość dużym stworzeniem. Jego głowę okala długa, bujna, biała grzywa, a mocne skrzydła porośnięte są miękkimi w dotyku piórami, koloru nieskazitelnie białego śniegu. Jego ciało jest lazurowe, miejscami granatowe i błękitne. Pod skórą rysują się mięśnie, każdy krok wykonany jest z gracją i dziwną lekkością jak na takie duże stworzenie. Głowę trzyma wysoko uniesioną, często macha swoim długim ogonem zakończonym niebieską sierścią. Na jego skroniach i grzbiecie widnieją skomplikowane wzory, których nie da się zrozumieć. Oczy jarzą się błękitnym światłem, a twarz ma wygląd posuniętego w latach mężczyzny. Posiada wielką siłę i szybkość jednak ma problemy z pływaniem. Doskonale wspina się po górach. Zwykle posługuje się skrzydłami chcąc dostać się gdzieś dalej, chociaż idąc wiele kilometrów również się nie zmęczy. Nie jest zbyt zręczny, trudno mu zahamować natychmiast lub zmienić kierunek podczas np. spadania w dół z wielką szybkością.
Moce:  
*W nieprzewidzianych momentach nachodzą go wizje wydarzeń z przeszłości, a tylko raz w życiu z przyszłości.
*Machając mocno skrzydłami może wzniecić potężną wichurę.
*Kiedy uwolni swój gniew, od jego ryku trzęsie się ziemia.
*Siłą woli potrafi zamykać i otwierać wszelkie drzwi, bramy, okna itd.
*Umie zahipnotyzować swoim wzrokiem.
Partnerka: Był, jest i będzie starym kawalerem. Nie tęskni do ożenku.
Rodzice: Matka- Karastera, ojciec- Serviliusz
Kraj pochodzenia: Planeta zwana Darmą. Nie była zbyt wielka, wielkie odległości dzieliły ją od Ziemi. Zamieszkiwał ją lud białookich stworzeń nieco podobnych do ludzi, lecz trochę większych. Uważali sfinksy za stworzenia o wielkiej mocy, zesłane przez ród królewskich smoków, aby pilnować Darmy i stać na straży jej największego skarbu: Teskariotolisu. Był to pomnik przedstawiający istotę o pięciu głowach bez oczu trzymająca w dwóch dłoniach światło i ciemność. Lud zamieszkujący Darmę wierzył, że to Teskariotolis sprawia, że ciemność ustępuje jasności i na odwrót. Cała planeta porośnięta była niezwykle gęstą roślinnością o wijących się splotach i śpiewających drzewach. Zwierząt było niewiele, głównie duże owady, węże o złotych ślepiach i wietrznych skrzydłach oraz królewskie smoki. Jedyne ogromne skupisko ludzi znajdowało się wokół świątyni Teskariotolisu. Większa część planety była pozostawiona swoim naturalnym mieszkańcom. Sama świątynia wybudowana została z granatowego, niezniszczalnego kamienia zwanego Politoskius, a wyglądem przypominała zamki na Ziemi, lecz była o wiele większa. Woda na Darmie miała kolor od bieli po ciemny granat. Źródło Wielkiej Rzeki miało swój początek u stóp Posągu w świątyni i zasilało wiele kilometrów Darmy. Ta rzeka była najstarszą i jednocześnie największą na tej planecie. Na wschodzie piętrzyły się Góry Wakroliete, w których według legend rodzili się przyszli strażnicy i obrońcy Teskariotolisu- sfinksy. Tam też zmorzony wiecznym snem w ogromnej, podziemnej grocie, jak mówią podania, spał pierwszy władca Darmy- Bistedan, Wielki Smok. Za czasów Rohusayego rządził Niterlates, prapraprapraprawnuk Bistedana. Mieszkał on w swoim królestwie w chmurach każdego dnia obrzucając długim spojrzeniem świątynię i położone wokół niej miasto, również zwane Teskariotolis.
Zainteresowania: Rohusaya lubi studiować stare księgi sprzed tysięcy lat, zdobywać wiedzę o wydarzeniach z przeszłości, również dlatego, aby uporządkować jakoś te swoje wizje. Interesują go także zapiski z innych światów i wielkie bitwy.
Pozamagiczne umiejętności: Jak już wiadomo, sfinks potrafi latać, dzięki swoim skrzydłom. Ponadto  w walce doskonale umie wykorzystać swoje pazury i długi ogon, którym podcina przeciwnikom nogi. Ma świetną pamięć, która nieraz już mu się przydała.
Historia: Urodziłem się na Darmie. Przeznaczone mi było zostanie strażnikiem i obrońcą Teskariotolisu, z czego byłem szczerze rad, ponieważ wiedziałem, że jest to wielki zaszczyt, ale i odpowiedzialność. Chciałem służyć czemuś ważnemu, bronić tego i gdyby zaszłą potrzeba- oddać również życie. Kiedy dorosłem, zacząłem pełnić służbę. Wiele razy razem z innymi odpieraliśmy ataki istot znikąd, lecz za każdym razem i my, i Świątynia opieraliśmy się najazdom obcych próbujących zniszczyć naszą świętość. Nadszedł czas kiedy odkryto naszą planetę. Wiedzieliśmy, że pewnego dnia to nastąpi, dlatego z szacunkiem i zapewnieniem przyjaźni ugościliśmy obcych przybyszów z Ziemi. Byli u nas parę tygodni obserwując nasz świat, robiąc zapiski i próbując dostać się do Świątyni i naszych Ksiąg, lecz mimo przyjacielskiego nastawienia nie pozwoliliśmy im. Teskariotolis to miejsce, które mogą oglądać tylko dzieci Darmy. Frustrowało ich to i wszelkimi sposobami chcieli osiągnąć swój cel, jednak nadaremnie. Pewnego dnia odlecieli w drogę do swojego domu. Myśleliśmy, że zostawią nas w spokoju, ale się myliliśmy. Nie mogąc uzyskać zgody na wejście do Świątyni pokojowo postanowili zrobić to siłą. Przylecieli razem z wieloma pobratymcami i wszczęli wojnę. Broniłem Teskariotolisu wraz z braćmi i siostrami, aż wykorzystali na mnie jakieś dziwne urządzenie, po którym straciłem przytomność. Obudziłem się na tej wyspie pełen niepokoju i cóż, musiałem tu zamieszkać.
Inne zdjęcia: Brak.
Upomnienia: Brak.
Towarzysz/ka: Brak.
Właścicielka: Howrse: Babilon, Doggy: Dalil

Pierwszy mieszkaniec- sfinks Rohusaya

Na naszą Wyspę został właśnie przetransportowany pierwszy mieszkaniec, a mianowicie sfinks imieniem Rohusaya, który został znaleziony przez naukowców na planecie zwanej Darmą. Z racji jego doświadczeń przypisali mu oni stanowisko strażnika i obrońcy świątyni.

https://img00.deviantart.net/ff0c/i/2011/259/6/f/sphinx_of_the_ancients_by_archlimit-d4a0z60.jpg 

Powitajmy go z całym szacunkiem należnym tej mitologicznej istocie!